tak sobie dziś rozkminiałam o happy endach. że w sumie w życiu ich nigdy nie ma. i nie będzie. bo cokolwiek by się działo i jak by było to każdy z nas skończy tak samo. każdy z nas umrze, choć może w inny sposób, to i tak wszyscy zginiemy. ja nie wiem co jest ogólnie ze mną nie tak. nawet jak jestem szczęśliwa to i tak myślę o tej śmierci. może już teraz nie mojej tego w jaki sposób najlepiej mogłabym się zabić. niee. ale i tak jakoś o tym myślę. choć sama śmierć mnie przeraża. nie chciałabym umrzeć ze świadomością, że nie zrobiłam/spróbowałam jeszcze tylu rzeczy. wiadomo, że wszystkiego zrobić się nie da. zobaczyć też. chociażby to, że chciałabym zobaczyć tyle zespołów na żywo. nie będzie to możliwe, ze względu na to, że teraz rodzice mnie ogarniczają, no i wiadomo kasa. a jak już będe starsza to niewiadomo jak z czasem. i czas też dopadnie te zespoły, nic nie trwa wiecznie. pożyjemy zobaczymy.
ogólnie to jestem zdania, że lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż później rozpaczać, że mogło się spróbować. sama niczego nie żałuję, nie staram się myślec o tego typu rzeczach. bo
i tego się trzymam.
xoxo